Pre słowo.

Blog, którego macie przed sobą, jest spisem wrażeń człowieka, który opuścił liceum i pojechał na studia do Anglii w poszukiwaniu lepszej przyszłości. To co tutaj mnie spotkało, stworzyło wszystkie przemyślenia, które zamieniłem w poniższą treść. Zacząłem od pisania dla rodziny i znajomych a teraz tworzę, bo sprawia mi to przyjemność. Używam ironii, krytykuję wiele i czasem odbieram wiadro pomyj za wyrażania swojego momentami kontrowersyjnego zdania.
Moje podejście od dnia wyjazdu do dzisiaj, stopniowo się zmienia od podniecenia nowością do realizmu. Byłem na dnie, odbiłem się od niego, miałem przyjaciół potraciłem ich, zyskałem nowych. Myślę inaczej niż myślałem, patrzę na życie inaczej niż patrzyłem, a to co było mi najbliższym, staje się odległym.
Jeden glob - dwa światy.

czwartek, 27 maja 2010

Nowy Blog!

Odpaliłem sobie nowego eksperymentalnego bloga gdzie umieszczam swoje wybrane i ulubione zdjęcia.

środa, 26 maja 2010

Reinkarnacja...ale jeszcze nie teraz.

Zanim zaczniecie czytać muszę zauważyć, że ta notka była przeze mnie pisana chyba z dwa miesiące. Znaczy to, że nie dość, że będzie dłuższa niż konstytucja to na dodatek przedziały czasowe nie będą miały w niej kompletnie sensu. Będzie w niej panował wielki bałagan no i cóż – trudno.

Te kilka paragrafów pisałem jeszcze przed zakończeniem roku.

Moje studia w Anglii zaczynaja powoli wygladac jak praca w Anglii. Drugi rok glownie obraca mi sie wokol wlasnie tej czesci zycia. Nie wiem na jakim etapie skonczylo sie opowiadanie o moich losach bo jak mozna bylo zauwazyc testowalem rozne style pisania a ze pierdniecie muchy bylo glosniejsze niz jakikolwiek odzew to widze, ze powroce do starego dobrego strzeszczania dnia, i wyglaszania opinii na linii ja – swiat.

Wspomnialem o zmianie sposobu zycia. Coz. Nie dziwota kiedy moje studia ostatnio zaczely sie sprowadzac do lekkiego minimum. Zajec mam mniej, bo zalatwilem sobie praktyki zamiast jednego modulu, wyklady, ktore powinny byc czesto sa krotkie no i zamiast jak oni by tego chcieli, koncentrowac sie na samoksztalceniu I robieniu projektow, ja szukam sobie jak najwiecej pracy moge. W ten sposob moja wspolpraca z uniwerkiem zaczela sie rozwijac i wywiady, ktore dla nich krecilem, choc z mojej perspektywy slabe jak puszczanie muzy z komórki, komitetowi, który zarządza instytucją zajmującą się polepszaniem możliwości karierowych młodych absolwentów, przypadły do gustu. Poza tym po długiej nieobecności odezwał sie do mnie Dean i jeśli wszystko wypali to za rok będę gotowy, żeby zostać współudziałowcem w jego firmie a na razie znowu asystuje mu od czasu do czasu co uwielbiam niesamowicie. Aktualnie jednak siedze w Diffusion i robie dla nich zdjęcia na stronkę internetową i do różnych materiałów promocyjnych. Tak jak na początku praca ta była dla mnie tak nudna i bezsensowna jak czesanie włosów na odnogach owadów tak teraz uczciwie powiem, że strasznie ją lubię. Zżyłem się mocno z ludźmi, z którymi pracuję i przestałem już być zwykłym praobkiem a docenianym fotografem tak więc i zadania mam inne. Dobra, w sumie to jednak wcale nie fascynuje mnie gadanie o mojej pracy. Mógłbym godzinami opowiadać co robię dla kogo bo ładuje w siebie roboty ile tylko mogę ale co z tego. Jeśli chcę to kiedyś wydać jako książkę to albo muszę się komuś zsikać na czoło, żeby mnie zauważono albo wrócić do swojego stylu krzyczenia, że nie ma Jezusa a nie głaskania poduszki po poszewce. Tak więc chrzanie opowiadanie, o moim uśmiechaniu się i wracam do bezczelnego komentowania i przejmowania sie opinią tylko kilku osób.

Zacznę od czegoś może jednak nie aż tak objazdowego. W Anglii istnieje takie pismo - „Big Issue”. Jego zamierzeniem jest wspomaganie bezdomnych gdyż tylko oni je sprzedają na ulicy. Nie jest to byle gówniana gazetka a całkiem sensowny magazyn w rozsądnej cenie. Do czego zmierzam? Niestety, ale nazwijcie mnie bezdusznym gnojem jeśli chcecie, a ja i tak niczym Marek Kondrad, na ulicznego błagacza zareaguje nieuległym „nie mam” czy innym kłamstwem. I teraz bez jakichś wielkich och i ach bo bądźmy szczerzy ale reagujecie tak samo. Co innego jak zapuka ktoś do mych drzwi czy na ulicy uczciwie poprosi o trochę jedzenia to z plakietką wzorowego harcerza i wielką radością oddaje mu słodycze ze świąt i jakiegoś bigosu w słoiku. Taka jest prawda. No ale wracając do pisma. Ci ludzie generalnie są mistrzami marketingu bo nie narzując się wcale proponują osobiście każdemu pisemko i cholera jak ja im za każdym razem uprzejmnie dziękuję pozostawiają mnie z myślą, że mógłbym to kupić, bo zamiast burknąć coś pod nosem, uśmiechają się i życzą miłego dnia. Dobra, ja wiem, że w głębi duszy mogą mnie wyzywać od morderców grosza, ale mają tą siłę, żeby i tak wsadzić we mnie poczucie winy. Ich kamizelki mają napis: „Nie błagam tylko pracuje” czy jakoś tak i trzeba im to oddać. Choć niektórzy mają twarze morderców króliczków to naprawdę, gadana ich się trzyma. Nie wszyscy są tak mili ale większość tak. Zbieram się od jakiegoś czasu aby pogadać z jednym czy drugim ale na ten moment wygrywa pewien chłopak, który siedzi prawie codziennie w tym czy tamtym miejscu i on rzeczywiście tylko prosi o pieniądze. Jego twarz jednak jest tak smutna, że naprawdę ściska mi to jelita dlatego też postanowiłem pójść do niego z siatką jedzenia i pofotografować jego życie. Rozmawialem jednak ostatnio ze swoim wykladowca na ten temat i opowiedzial mi kilka historii jak inni ludzie za takie akcje obrywali moralniaka. No coz, nie powstrzyma mnie to a jak bede mial juz rezultaty to wtedy pomysle co dalej.

A btw. fotografowania, nowa stronka, ten sam adres, już działa tak więc zapraszam.

Miałem okazję lecieć niedawno cudowną linią wujka Rajana i myślałem, że temat klaskających ludzi jest już obcykany ale nie, naród pochwalił się pomysłowością i dał mi jeszcze jeden powód do śmiania się. Siedzę sobie w poczekalni w chmarze innych podróżników i wyczuwam już jak wszyscy gotują się do rzucenia się w kolejkę gdy tylko podejdzie stewardessa. Kilku nieśmiertelnych właściwie już stało w linii kiedy naglę ktoś wpadł na genialny pomysł i postanowił pozostawić walizkę na swoim miejscu. No to się posypało. Co odważniejsi ruszali zaraz z torbami i stawiali je w lini. Jedni nawet układali krzywe wieże ładując ile się da w pionowej linii. Naprawdę, nie żartuje. Nie mogłem uwierzyć swoim oczą co się wyrabia. Kiedy jednak zjawiła się pani i otworzyła bramkę, ludzie i tak rzucili się jeden na drugiego i poszedł mur Hadriana. Kultura sypała się z jednego „k.” na drugie „ja p.” Najsmutniejsze z tego jednak jest to, że Anglicy się z nas dosłownie śmiali, gdyż kilku z nich obserwowało to razem ze mną i tak jak ja mentalnie, tak oni bardzo obrazowo, klepali się po czołach.

Równie piękny obrazek miałem okazję ostatnio widzieć w zielonym mistrzu wśród sklepów. Ktoś pomyślał, że w jednej z długich lodówek zrobią dział z Polskimi rzeczami. Generalnie super bo teraz to już wszystko jest w asdzie i na dodatek w bardzo rozsądnych cenach. No to poszedłem zobaczyć co tam mają ciekawego i naprawdę, zrobiło mi się okropnie wstyd za mój naród, bo ktoś wpadł na pomysł, że rozwali worek z parówkami, i zje kilka pozostawiając folie w środku. Nigdy nie widziałem, w tym sklepie czegoś takiego i nagle gdy pojawia się kolejny Polski dział, to ktoś musiał za to ładnie podziękować. I tak, jestem pewien, to nie był Anglik. Oni by próbowali zjeść tą parówę z folią wciąż na niej.

Co do samolotów jeszcze. Czy wasze marmurowe kafelki przed domem straciły swój naturalny kolor? A może wasz kot ma przykry nawyk sikania do waszych płatków z mlekiem? Nie ma problemu. Teraz można już kupić rozwiązanie na wszystkie te problemy w trakcie lotu do domu czy na wakacje! Linia lotnicza ratuje swoje zarobki oferujac kupno chyba wszystkiego. Nie dość, że przez 40 minut próbują mi wcisnąć niepalące się papierosy razem ze zdrapką i perfumem to w ich katalogu można kupić tak dziwne rzeczy, że chyba niezłym idiotą był ten, kto wybierał ich produkty do sprzedaży (w sumie to pewnie nim jednak nie był ale dla mnie to tak wygląda). Poza tym, leciałem już ponad 10 razy tą linią, i jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek poza jedzeniem cokolwiek u nich kupił... a już napewno nie zraszacz ogrodowy.

Jak już komentować to nie omieszkam wspomnieć o sztuce Szpaka, którą mieliśmy przyjemność ostatnio oglądać. Tego dnia teatr wystawił trzy spektakle zaraz po sobie i była ta swoista forma pracy licencjackiej (poza pisaniem) studentów dramy. Dwie sztuki były teatrem fizycznym i w takowym właśnie pojawił się wspomniany wcześniej przyjaciel. On i 3 inne dziewczyny mówiąc w skrócie zmietli nas z powierzchni ziemi, mocą swojego przedstawienia. Zrobili świetną sztukę (bo sami ją wymyślali od zera) o metaforycznym handlu ludźmi, sprzedawaniu się kobiet i tego typu problemach (jezu mam nadzieje, że o to właśnie chodziło). Sposób w jaki to przedstawili był piorunujący i mam nadzieję, że uda mi się tego bloga wydać kiedyś bo chcę aby wszyscy usłyszeli, że Piotr jest genialnym aktorem. To, że jest świetnym przyjacielem nie wpływa kompletnie no moją ocenę bo gdybym nie był przygnieciony tym jak poruszył całą publikę grając sexualne sceny, czy jak wywołał uśmiech na twarzach tańcząc radośnie, to bym po prostu tego tutaj nie pisał. Należą mu się ogromne gratulacje nie tylko z tego powodu, ale również dlatego, że jest to kolejny przykład tego jak ten niby gówniany uniwerek daje możliwości, kiedy się tego chce. Szpaku dostał sie do szkoły teatralnej w Londynie i stoi przed nim teraz świetlana przyszłość bo drugi rok tej jednej z najlepszych na świecie uczelni, to występowanie w profesjonalnych teatrach. 

To pisałem dzisiaj

Innym teatrem, którym zostałem urzeczony były swego rodzaju małe formy teatralne zoorganizowane przez tych samych ludzi. Odżyli oni na jeden wieczór nieistniejącą już niestety students union i w ten sposób w miłej atmosferze, siedząc na kanapach można była oglądać sztuki. Kilka godzin, krótkich przedstawień, które zapętlały się w spoisty show. Miałem okazję tam zobaczyć wszystko, od śpiewających i tańczących ludzi, po dramaty, prezerwatywy, prostytutki i gejów. Wieczór pełen wrażeń a szczególnie dlatego, że kilka z tych przedstawień było tak poruszających i tak niesamowicie zagranych, że wpadałem w pewien rodzaj transu. Coś naprawdę świetnego. Człowieku jestem z Ciebie dumny!

Co do występowania czyli aktorów czyli filmów czyli seriali miałem okazję ostatnio oglądać pewien takowy, który mimo, że z bardzo fajnym pomysłem i całkiem dobrze zrealizowany, pokazał, że amerykańskie społeczeństwo chyba rzeczywiście jest idiotami. Zawsze uciekałem przed takim stwierdzeniem ale to co zobaczyłem lekko mnie zachwiało. Była tam scena gdzie amerykański agent siedział w biurze interpolu w Londynie. Za swoimi plecami miał wielkie okno przez, które można było zobaczyć chyba wszystkie znane zabytki londynu. Ale dosłownie wszystkie. Przez Big Bena poprzez London’s Eye, London’s Tower, prostytutki z Socho, Chińczyków z ryżem i małego chłopca sprzedającego gazety z beretem i kubraczkiem zrobionym z worka na ziemniaki. Nie wiem czy to samo stało się z Monachium, które również tam pokazali ale jak byłem w tym mieście to nie przypominam sobie aby wyglądało one jak górska wioseczka sprzed 100 lat z wirtualnym dymem i wielkim więzieniem, które ukazywało się w akompaniamencie groźnej muzyki. Serial super ale ktoś kto wymyślił, że tak podkoloruje te eurpejskie miasta musiał uważać, że kraj, w którym żyje jest przepełniony kompletnymi kretynami, którzy nie wiedzą, że poza ich kontynentem cokolwiek innego, ekonomicznie wysoko rozwiniętego istnieje. Hmm... żeby było śmieszniej, twórcy obrazili amerykańskie społeczeństwo nawet i trzy razy. Jeden z dialogów jaki się tam odbył poziomem inteligencji dorównywał temu emo chłopcowi z „You Can Dance”, który tak wychwalał obok siebie Rutowicz i Mensona. Mianowicie, w serialu padło takie zdanie, wypowiedzane przez wysokiego rangą agenta do innych, eleganckich agentów (po Angielsku jakby co): „Sto trzydzieści siedem sekunden. Sekunden to sekundy po Niemiecku.” No i koniec. Po czymś takim choćby mi pokazali zdjęcie chłopca z Urugwaju, bez nóg czołgajacego się po podłodze krzyczącego: „mamo, zobacz jak gram w piłkę nożną”, to nie zachował bym powagi. Człowiek dowodzący jakimś milionem tajnych agentów, którzy rozwiążą zagadkę Atlantydy i kamienia filozoficznego czytając skład dietetycznej Coca Coli muszą mieć wytłumaczone, że sekunden to „seconds”. Teraz tylko nie wiadomo czy twórcy serialu są bezmózgami, czy za takowych biorą Amerykanów.

Wszyscy wiedzą jak ja uwielbiam twarzoksiążkę (facebook). Zgromadziłem sobie ostatnio kilka nowych przemyśleń na ten temat. Pierwszym z nich jest to, że wkurza mnie jak coraz więcej prostych programów komputerówych ma funkcję bezpośredniego obnażenia swojej twarzy na internetowym portalu. Irytuje mnie ta głupia niebieska ikonka pojawiająca się praktycznie wszędzie w internecie. Cokolwiek się nie pojawi może zaraz zostać ukazane jako „lubię” na twoim profilu. No to gratuluję generalnie. Tzn. żeby nie było. Uważam, że to jest przydatne kiedy coś takiego pojawia się pod artykułami z gazet, fajnymi zdjęciami (z zewnętrznych portali a nie z tych, na którychś nawalony ktoś ma penisa narysowanego na czole) czy niektórych przydatnych grup jak np. Photoshopowa, która regularnie umieszcza naprawde interesujące tutoriale czy inne bajerki. Są też inne mega przydatne jak [ten fragment postanowilem wyrzucić ponieważ tak się nim rozpisałem, że jeszcze ktoś by mnie znielubił]. Najzabawiejszą informacją jest jednak to, że Facebook przechowuje wszystkie wasze dane nawet jak usuniecie konto. To samo robi „Nasza Klasa”.Wszystkie chwalące cycki grupy, do śmierci są już do was przypisane. Obnażone dupy na zdjęciach zawsze mogą wyjść na jaw bo nie da się ich usunąć nawet jeśli myślicie, że jest inaczej i generalnie ten cudowny portal może zrujnować życie gożej niż rowerzysta wjeżdżający wam w plecy. Radził bym też przeglądnąć opcje prywatności bo sam nie zdawałem sobie sprawy ile cennych informacji o mnie, wychodzi mimo, że myślałem, że wszystko jest tajne. Facebook ostatnio został oskarżony o to, że ułatwia udostępnianie danych nieznajomym i, że ich polityka prywatności ma więcej stron niż Amerykańska konstytucja (to nie jest żart tylko cytat z Times’a). Okazuje się też, że wiele portali czy osób trzecich ma dostęp do tego co o nas wiadomo tak więc już wiem skąd mój Gmailowy filtr spamowy broni mnie przed sex ofertami i tabletkami z całego świata. Z tego też powodu tworzą się rozprawy sądowe, w wyniku, których osoby mają zakaz dostępu do tego serwisu (nie wymyślam tego, w Anglii było kiedyś głośno o dziewczynie, które terroryzowała jakąś inną nastolatkę) i z tego samego powodu na mojej stronie istnieje ta mała wkurzająca niebieska ikonka, która zachęca do stania się moim wiecznym niewolnikiem!

Byeee, have a wonderful daaaay!

poniedziałek, 25 stycznia 2010

A oni swoje.

Miałem okazję ostatnio poczytać ciekawy blog pewnego polskiego kolejarza. Tematów o tym środku transportu w Polsce chyba nigdy mi nie zabraknie. Pan ten opisuje w bardzo techniczny sposób jak cholernie ciężkie jest, operowanie tymi przestarzałymi gąsienicami. Nie dlatego, że to skomplikowane maszyny, ale dlatego, że ciągle coś się psuje. Pogoda też za bardzo temu nie pomagała bo okazuje się, że jeden skład, z usterką elektryczną, potrafi wysadzić bezpieczniki dla całej "Warszawy Wschodniej". Na pewno nie ułatwia życia to, że nasz tabor potrafi mieć 50 lat! Ostatnio w województwie Mazowieckim zakupiono nowe pociągi...40 letnie. Wydaliśmy 110 milionów złotych na Chorwacki sprzęt, który w całej Europie został wycofany z użytku i zezłomowany. Powodem tego były oczywiście oszczędności. Tymczasem zakup nowych wagonów byłby tylko dwa razy droższy czyli kosztował by nas 220 milionów złotych. To ciekawe, że chcą oszczędzić trochę ponad 100 milionów kiedy MON do 2018 roku planuje wydać 60 miliardów (!) na modernizację armii. W skali świata to jest pestka ale w skali potrzeb kraju w innych dziedzinach, chyba wielkie marnotrawienie pieniędzy. Co z tego, że kupimy kilka "Langust" i F16 jak na nasi najwięksi koledzy Rosjanie mają w czynnej służbie ponad milion żołnierzy i prawie dwa i pół miliona w rezerwie będąc i tak dopiero 6 największą armią świata czyli są ponad 60 miejsc wyżej i około 10 razy liczniejsi. Wydatki te zestawiłem z koleją ale w przypadku gdy pomyśleć, że według GUS w roku 2008 wydano na służbę zdrowia 6 miliardów 700 tys to zaczyna się myśleć co lepsze. Co do pociągów, te Chorwackie staruszki zostały wyremontowane i zakłada się że będą śmigać jeszcze 30 lat. Tak oczywiście powiadają rzecznicy prasowi a sceptycy głoszą, że może się okazać, że wszystko jest w tak fatalnym stanie, że za chwilę nie przydadzą nam się one na nic, jak na wagony barowe. Fakt, że na materiale pokazanym w wiadomościach, rzecznik dumnie prezentował nowe cudeńka a tymczasem nawet drzwi nie zamknęły się kiedy miały. Eee tu jeszcze trzeba wyregulować i wszystko będzie działało pięknie. No i nawet mamy stoliczek do przebierania dzieci. No to brawo. Udało nam się doścignąć Anglików, 30 lat temu. To tak samo jak z internetem w pociągach, który zaczęto wprowadzać w Angielskich kolejach w roku 2003  i aktualnie jest on w każdym składzie spółki Virgin, GNERo i wielu innych udostępniany za darmo w klasie pierwszej a czasem i drugiej lub za sensowną opłatą a także w autobusach np. tych dowożących na lotniska w okolicach Londynu. Okazuje się, że Unia Europejska wymusza na nas zrobienie tego samego. Problem z tym, że aby zrealizować ten plan należało by przebudować całą sieć torów kolejowych bo poza internetem ma się również pojawić jednakowy system bezpieczeństwa w całej Uni. Dodać do tego fakt, że muszą płacić odszkodowania za spóźnienia no i się teraz PKP posra w końcu. Może dzięki temu dopuszczą zagraniczne spółki, które są chyba jedynym ratunkiem na tą popieprzoną sytuację. Niektóre angielskie firmy zwracają pieniądze w momencie kiedy trzeba było stać w pociągu. Jest to chore, żeby tak ogromna część Polskiego rynku transportowego, była całkowicie państwowa i mimo tego, że jest jedną z najgorzej prosperujących spółek tego typu w Europie, wciąż blokowała zagranicznych inwestorów. Ludzie boją się, że stracą pracę, że Niemcy nas oszukają czy inne bzdury. Świetnie, z tej okazji rozpieprzmy koleje na oddzielne spółki (tak jak w Anglii) i kasujmy każdą z osobna tak aby utrudnić ludziom życie jak to tylko możliwe (tak jak NIE w Anglii). Nie wiem czym się broni ta firma, nie wiem jak to możliwe, że wciąż istnieje i jak można dopuścić do tego, żeby zamarzały klapy w kiblach?? Najwidoczniej kraj pogrążony jest w zamaskowanej komunie jeśli dochodzi do takich sytuacji jak na Mazowszu gdzie Jakub Majewski, były prezes kolei, chciał wprowadzić wiele wizjonerskich zmian, między innymi dostosować rozkład jazdy bardziej pod pasażerów, wprowadzić szybkie koleje podmiejskie, centrum zarządzania kryzysowego z systemem GPS w pociągach, a także uczyć kolejarzy angielskiego. Co się z nim stało? PSL, które rządzi w tamtych rejonach odwołało go i mimo pomocy ze strony PO nic nie uratowało go przed ludźmi, dla których on był nie wygodny, bo co? - bo nie wiadomo gdyż nie podano dokładnych powodów jego zwolnienia. Komunizm!

Ło jezu pada!

W Anglii zaczyna się powoli robić już cieplej. Temperatury na poziomie 5 stopni wydają się być wiosną w pełni w porównaniu z -20, które panowało i ma powrócić. Fakt jest jednak taki, że kiedy tutaj, termometry wskazały 7 stopni poniżej zera, "Pojutrze" stało się zestawem instrukcji, jak przetrwać nadchodzący kataklizm.


Pierwszy dzień po tym jak spadło sporo śniegu (jak na Anglię oczywiście) ulice zamieniły się w teatr paranoi. Poranny spacer do pracy był niczym oglądanie słoni na wrotkach. Każdy samochód jeździł jakby miał bombę na dachu, która wybucha przy prędkości powyżej 5 mil na godzinę. Podjazd pod górkę, to taktyczna operacja, która wymaga co najmniej 100 metrów rozpędu i przerwy długości lotniskowca od poprzedzającego pojazdu. Widziałem wielkie Landrovery, przygotowane do pokonania Oceanu Spokojnego z całkowitym zanurzeniem, kołami wielkości województwa Mazowieckiego i silnikiem wystarczającym do zasilenia wsi średniej wielkości ale mimo wszystko, ich kierowcy bali się pokonać mały zakręt, z drobną warstwą śniegu i lodu.


Zamykano szkoły, w wiadomościach ogłaszano aby zmniejszyć zużycie soli i pożyczać sąsiednim powiatom, niespóźniające się pociągi zaczęły się spóźniać i ogólnie chaos...którego ja w ogóle nie zauważyłem. No ale jak mówią, że tragedia to tragedia. Jest też druga strona medalu. Oglądałem regularnie wiadomości BBC jak również kilka wieści z Polski. Strasznie przykro patrzy się na to jak babcinki z nad Wisły, opowiadają o tym jak to nie wychodzą z domu, jak to barierek nie ma i winda nie działa a pomocy nie widać. Tutaj też, starsi panowie mówili, że słabo będzie, bo mrozy im dociekają i nie grzeją tak jakby chcieli bo oszczędzać trzeba jednakże wypowiadali się tak przy okazji dostawiania swojego darmowego posiłku. Okazuje się, że tutejszy powiat, zorganizował rodzaj polowych kuchni, które jeździły i dostarczały prosto do domów starszych ludzi, ciepłe obiady. W Szkocji taka zima uderzyła, że śnieg poodcinał wszelkie możliwe drogi dojazdowe do wielu domów. Rozwiązano to w ten sposób, że pomocy udzielano z powietrza i helikopterami zabierano ludzi w bezpieczniejsze miejsca.


Zastanawiałem się, jak to jest, że praktycznie za każdym razem kiedy przychodzi taka pogoda, wszyscy są zaskoczeni. To co działo się tutaj było co najmniej dwa razy łagodniejsze niż warunki w Polsce jednak tak tu jak i tam nikt się tego nie spodziewał i nie był na to gotowy. Anglicy nie używają opon zimowych a w Poznaniu zanim ktoś pomyślał o tym, że ten śnieg można było by wywozić, na wszystkich osiedlach parkowanie to istny pokaz tego komu uda się wbić w zaspę i kto umie jeździć bez przyczepności. Może już czas nauczyć się, że w zimie pada śnieg, a czasem pada go dużo i można by przygotować się na takową okoliczność.

Jak to w "Faktach" powiedzieli: "Problemem nie jest niska temperatura, ale sytuacja, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni."

niedziela, 3 stycznia 2010

Świąteczne święta i Sylwester z Londynem

Spędziłem pierwsze święta w Anglii, poza domem. Mimo, że z początku myśl smucąca, może nawet trochę przerażająca, okazały się one być pięknymi, rodzinnie spędzonymi 3 dniami bo praktycznie tyle trwały. Zachowaliśmy wszelkie tradycje od dzielenia się opłatkami po bigosy, śledziki i inne. Wieczór trwał do 4 nad ranem tylko po to aby za kilka godzin spotkać się ponownie i spędzić kolejne 40ileś wesoło spędzonych 60minutówek. Nie brakowało niczego i można było poczuć tą cudowną atmosferę, która towarzyszy świętom ze swoją własną rodziną.


Sylwester jakiego w tym roku przeżyłem, był jednym z ciekawszych i fajniejszych w moim życiu. Prawda jest taka, że w momencie kiedy pracuje w większość swojego wolnego czasu, a w jego resztę zajmuję się uniwerkiem czy dodatkową pracą, perspektywa sylwestra jako kolejnej imprezy, których tutaj nie mało była by mało interesującą. Z tego też powodu razem z L. wpadliśmy na pomysł, któregoś dnia aby gdzieś pojechać. Na szczęście w tym temacie myślimy całkiem podobnie i zaczęliśmy rozważać możliwości. Pierwszą opcją był Paryż, który został by zrealizowany gdyby nie fakt, że promocyjne bilety wcale nie były promocyjne. Ostatecznie mimu kilku innych propozycji i możliwości zdecydowaliśmy się jechać do jednego z największych miast na świecie. Bez większego ustalania, spędzić 28 godzin w tym wielokulturowym mieście, realizując pewien plan, o którym opowiem za dwa/trzy tygodnie.


Nasza wycieczka zaczęła się o godzinie 7.30. Po kilku, krótkich godzinach spania wstałem z wielką trudnością przepełniony myślą, która również była w głowie L. - "nie chce mi się".
Śniadanie, ostatnia kontrola świeżo nabytych plecaków i w drogę na autobus. Chwilę przed 9 wyruszyliśmy wygodnym National Expressem w naszą kilku godzinną podróż. Nie pamiętam wiele gdyż zasnąłem szybko z przerwami na plan. Obudziłem się akurat gdy autobus wjeżdżał na nowy dworzec w Birmingham, który wygląda cholernie imponująco. Gdy śmigaliśmy po autostradach, delikatność z jaką ten wielki miękki pojazd pokonywał kolejne mile, uśpiła mnie szybko. Gdy po raz kolejny wybudziłem się z pięknego snu, byliśmy już nie daleko Londynu. Prawda jest taka, że wjeżdża się do niego mniej więcej pół godziny przed dotarciem do dworca a nie staliśmy w żadnych korkach. Szczęście, że L. zna to miasto dobrze, bo szybko ustaliliśmy pierwszy cel naszej podróży. Kupiliśmy bilet na metro i pokierowaliśmy się w stronę Hyde Parku. Pierwsze na co zwróciłem uwagę, to już wcześniej zauważona różnica w wyglądzie ludzi. Prosto mówiąc, są ładniejsi niż w cudownym Wolver. Kobiety kompletnie nie pasują do określenia, że Angielki są brzydkie, faceci jacyś tacy bardziej rozgarnięci a dzieci usłuchane. No ale to pierwsze wrażenie.


Dotarliśmy do wspomnianego parku i pokierowaliśmy się w stronę wesołego miasteczka aby przedostać się na drugą stronę. Kiedy spacerowaliśmy wśród licznych atrakcji uderzył mnie fakt, że to co tam widzę, to nie jest stały obiekt a tymczasowe atrakcje. Za dzieciaka, kiedy do miasta przyjeżdżało wesołe miasteczko albo cyrk w swoich drewnianych budach, opuszczenie takiego ogromnego wydarzenia było tragedia życiową. Koniecznie trzeba było pójść na jedną z dwóch atrakcji albo zobaczyć klauna. I było to mega rozrywką. Jednakże tylko do 12 roku życia. Tutaj poważnie rozważałem wydanie kilku funtów na 66 metrową wieżę, której wagonik spadał z samej góry aby zostać zatrzymanym przy ziemi. Cały park wypełniony był ogromem niesamowitych atrakcji i zachowany w klimacie świat, przez co dzieci mogły wleźć do świata świętego mikołaja gdzie mały pociąg przecinał przejazd kolejowy rodem z kreskówek, dorośli mogli napić się grzanego wina i pójść cali radośni na największe lodowisko w Londynie, którego o dziwo nie zauważyłem. Nic dziwnego, że tak mnie uderzyła jakość tego miejsca kiedy wygląda tak i ma własną stronę internetową. Wszystko dopracowane i jedyne co odstępowało od perfekcji to fakt, iż gościu, który wysyłał ludzi w podniebną podróż, gadał przez głośniki po niemiecku, ale to chyba o to chodziło.


Dalszą część spędziliśmy na poszukiwaniu salonu Astona Martina. Po spacerze po reszcie tego gigantycznego parku, dotarliśmy w końcu do wymarzonego miejsca L. Pooglądaliśmy te samochody, które wykraczają europejską skalę ekonomiczności zużycia paliwa (max. ok. 260) o ponad 100.
Naszym  następnym przystankiem było zakosztowanie słynnej Londyńskiej tłoczności na chodnikach. Można do perfekcji opanować omijanie ludzi a zarazem pędzenie przed siebie. L. Pokazał mi kilka imponujących i gigantycznych budynków po czym skierowaliśmy się do Tate Modern przez most, który rozwalili w Harrym Potterze. Niestety część wystaw była płatna jednakże udało nam się zakosztować niezwykłego doświadczenia dzięki pracy polaka - Mirosława Balki. Ten gigantyczny kontener był zgłębieniem ludzkiej duszy i poznania. Wchodziło się do niego poprzez rampę, która również odnosiła się do ładowaniu ludzi w pociągi do obozów czy na Sybir. Zagłębiając się w kompletną ciemność z każdym krokiem człowiek podążał wolniej i mniej pewnie. Nie wiadomo gdzie jest ściana, nie wiadomo czy jest choćby podłoga, nie wiadomo czy ktoś zaraz na nas nie wpadnie. Oddalony o pół metra L. nie był już widoczny natomiast słychać było całą masę głosów innych zagubionych ludzi. Spodziewając się ściany przed samym nosem, nielogicznie przerażeni ludzie przesuwali się o milimetry z wyciągniętą ręką. Gdy w końcu dotknęło się miękkiej powłoki mimo czarnej dziury nagle wyobraźnia przestawała tak pracować. Mimo, że wciąż jej nie było widać, to wiadomo już gdzie jest ta niebezpieczna bariera i człowiek przestawał bać się tego co nie znane bo takowym już nie było. Odwrót o 180 stopni zaskakiwał całkowicie bo okazywało się, że w drugą stronę widać nadchodzących poszukiwaczy przez kontrast między światłem na zewnątrz. Choć tak banalne w konstrukcji i pomyśle, niezwykle imponujące i niesamowite przeżycie.


Dalszą część podróży skierowaliśmy do klasycznego Tower Bridge zachodząc jednak najpierw do wieży, która kiedyś robiła za więzienie a teraz spełniała rolę małego muzeum figur woskowych i sposobów karania za różne wykroczenia. Przykrych rzeczy można było się tam dowiedzieć.


Zanim dotarliśmy do celu, zawitaliśmy na moście obok, aby uwiecznić niesamowite nocne widoki. Po oglądnięciu tego co wszyscy w Londynie widzieli L. zagadał do policjanta a propos nocnych wydarzeń i dowiedział się, że most z, którego rozlegnie się najlepszy widok na fajerwerki zostanie zamknięty w przypadku zbyt dużej ilości ludzi. Trzeba zauważyć fakt iż była to godzina 7 a ludzie już się gromadzili. My jednak nie mieliśmy takiej wytrwałości i ruszyliśmy na obiad. Zasiedliśmy w pubie gdzie przy dobrym piwie i 6 uncjowym burgerze dopadło nas zmęczenie. L. zdrzemnął się na chwilkę a ja odebrałem przyjemnego maila.


Wyszliśmy koło godziny 10. Tym razem kierowaliśmy się do sklepu po jakieś energy drinki. W drodze byliśmy świadkami pobicia faceta przez jego wkurzoną kobietę oraz skuteczności angielskiej policji. Wchodząc widzieliśmy gościa, który rozmawiał z władzą. W tym samym momencie usłyszeliśmy znajomą Polską mowę między facetami, którzy chcieli coś ukraść ale im to nie wyszło bo metoda na krzywy ryj nie zadziałała. Opuszczając sklep poprzednio widziany gościu leżał już na glebie skuwany przez ładną blondynkę. Po tym spektaklu tylko czerwona koszulka z orzełkiem, podniesione czoło i do przodu.


Kofeina z puszek uruchomiła nas na tyle aby, poszukać nowego miejsca do oglądania wybuchów, bo tablice informacyjne w mieście już sygnalizowały, że most zamknięty i, że główne miejsca do oglądania show, pełne. Oddaliliśmy się w innym kierunku znajdując dobre miejsce w nie dalekim parku. Zakładając na siebie kolejne warstwy ubrania przygotowaliśmy się na godzinne wyczekiwanie. O 11 rozległo się całe stado okrzyków radości. Takie samo jakie dało się słyszeć za każdym razem kiedy przelatywał telewizyjny helikopter. London Eye rozświetlony był całą masą genialnych świateł, które zmieniały swe sekwencje tak aby na kilka minut przed 12 zamienić się w największy zegarek na świecie odliczając czas do nowego roku. Gdy nadszedł ten moment, niebo oszalało od ilości fajerwerków. Wystrzeliwane z barki i z samego Londyńskiego Oka, zgrane były w piękne sekwencje. Techniczne zaawansowanie pozwalało na strzelanie wewnątrz i na zewnątrz okręgu. Kolory zgrywały się ze światłami i wszystko wydawało się być zaplanowane co do sekundy szczególnie kiedy wybuchy zgrywały się tak idealnie, że ich dźwięk wydawał się wydobywać metr od nas. Mimo, że spodziewałem się czegoś jeszcze lepszego, wrażenie wywołało to na mnie wielkie i pozostało w pamięci i zdjęciach. Kilka minut po nowym roku spadł śnieg, który dodał jeszcze większej euforii wśród obecnych ludzi. Padał krótko ale na tyle intensywnie, aby pokryć na chwilę cienką warstwą ziemię i dodać uroku do tysięcy zdjęć robionych w tym momencie.


Kiedy pokaz dobiegł końca, ludzie zaczęli wracać do domów lub na imprezy. Trzeba zauważyć jedną rzecz. Londyńska metropolia liczy tyle mieszkańców ile 1/3 całej Polski. Dodatkowo wszędzie można było słyszeć Niemców i Francuzów, którzy przyjechali świętować. Takiego tłumu jaki przedzierał się przez centrum na oczy nie widziałem. Z dobre pół godziny szliśmy w potoku ludzi, którzy w sumie był  niezwykle przyjemny. Co chwilę ktoś krzyczał życzenia dobrego nowego roku, ludzie nie pchali się bez sensu, wszystko wydawało się w miarę zorganizowane i kontrolowane przez wszędzie obecne oddziały policji i wolontariuszy. Jednak to znowu pozory bo jak to L. słusznie zauważył, takiej ilości ludzi nie da się kontrolować.


Miło płynęło się ze wszystkimi ale zdecydowaliśmy się zmierzać w kierunku dworca zahaczając jeszcze o galerię narodowa, która swoją wielkością po raz kolejny przytłoczyło mnie tego dnia ale przypomniało wspomnienia z 5 klasy podstawówki, kiedy to odwiedziłem je pierwszy raz.


Dotarliśmy na dworzec i uświadomiliśmy sobie, że mamy 8 godzin do naszego pociągu. Pierwszy przystanek był w poczekalni, która pusta poza jedną bezdomną, ciepła i przytulna ale lekko na uboczu, nie stała się naszym domem. Przyzwyczajony do tego, że na większości Polskich stacji, miejsce to jest jak samobójstwo popełniłem poważny błąd taktyczny przenosząc nas do burger kinga. Mimo, grubej warstwy ubrań i kocyka było mi cholernie zimno ale to dlatego, że zmęczenie poważnie już nas dobijało a typ otwartej restauracji cierpiał z powodu nie zamykających się drzwi wejściowych do całego kompleksu dworcowego. Kolejnym dowodem na zły wybór, był fakt, że poczekalnia szybko zapełniła się tłumem ludzi i mogliśmy tylko wspominać ją siedząc w smażalni krów. Żeby pogorszyć sytuację, straciłem swój kocyk, który uratował kurtkę L. gdy jakaś dziewczyna poprosiła o pożyczenia jej dla swojej mamy. Stwierdziłem, że zrobię dobry uczynek, bo ludzie Ci wyglądali na takich co zmagają się z wieloma problemami. Po tym jak widziałem jak ta pani się do niego przywiązała i jak osobiście zaczęła go traktować, stwierdziłem, że nie będę go wyrywał w momencie, gdy o 6 rano postanowiliśmy się przejść.


Poranna wycieczka, nie należało do najlepszych wyborów, gdyż jak można się było domyślić wszystko było zamknięte. Dowiedzieliśmy się tylko, że o 7.30 otwierają Starbucksa, do którego przenieśliśmy się jak tylko czas pozwolił. Duża kawa nie postawiła mnie na nogi. O 10 25 już siedzieliśmy w pięknym pociągu, który mknąć niczym pocisk, i przechylając się przyjemnie na zakrętach dowiózł nas do domu w mniej niż półtorej godziny.


Sylwester ten zostawił w mojej głowie całą masą świetnych wspomnień. Zobaczyłem Londyn od tej dobrej strony i mimo, że było to raptem 28 godzin, czuję jakbym spędził tam kilka dni.


Na Picasie jest kilka zdjęć z tych dwóch wydarzeń. Więcej pojawi się kiedy nadejdzie odpowiednia pora.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

[Edited] Merry birthday and happy Christmas.

Zostało mi wytknięte, że poprzednia wersja tej notki miała lekki wydźwięk nieprzyjaźni narodowościowej. Wziąłem to pod uwagę przyznając rację gdyż rzeczywiście mogłem w fali złości trochę przesadzić i choć z drugiej strony nie usłyszałem więcej takiej opinii, nie chciałem zawieść oczekiwań ważnych dla mnie osób [dopisek autora]


Jak pewnie nie zauważyliście, usunąłem fragment notki, w której opisywałem przyjazd polskich rektorów na wizytę. Z całego tego zdarzenia wyszło jedno wielkie nieporozumienie. Przede wszystkim, nie byli to rektorzy a dyrektorzy liceów plastycznych. Po drugie, tajemniczy Supraśl okazał się być jedną z najlepszych takich placówek w Polsce. Po trzecie państwo mieli swoją tłumaczkę więc ja tam bardziej opowiadałem o wszystkich choć na zmianę zamienialiśmy na ludzki język nie znane słowa. Po czwarte, dyrektor placówki elitarnej okazał się być osobą niesamowitą z poglądami tak podobnymi do moich w praktycznie każdej dziedzinie, że bardzo szybko zaprzyjaźniłem się z nim do stopnia opuszczenia kobiet w trakcie przerwy między pokazami i udania się na piwo i oprowadzenia po mieście. Rozmawiałem z facetem od momentu jak się zobaczyliśmy po raz pierwszy do czasu zakończenia wycieczki następnego dnia praktycznie nieustannie. Obydwoje śmialiśmy się z zaściankowości jednej z towarzyszących pań i z jej oratorskiego przemówienia na lunchu ze studentami, na którym to bardzo dosłownie ale jednak podtekstowo przekonywała jak to jej szkoła aktualnie staje się genialnym miejscem do pracy i zarabiania milionów. Jeszcze bardziej spodobało mi się, kiedy W. ze stoickim spokojem jaki u niego był normalnym zjawiskiem, skomentował cały ten monolog jednym zdaniem, rozkładając mnie na łopatki i ludzi, którzy to słyszeli. Człowiek wszechstronnie wykształcony i bardzo na czasie. Od tematu pierwszych komputerów i aparatów (około 11 rano) przeszliśmy do demotywatorów, które znał, i żartów o rumunach (17.30). Jak dla mnie przykład świetnego dyrektora, który wie dużo o całym świecie, ma swoje ukształtowane zdanie i nie daje zbić się z tropu. Mimo, że po angielsku nie mówił wcale, widać było, że chętnie posiadł by tą wiedzę i mimo, że prowadzi świetną szkołę i żyje w godziwych warunkach, boryka się z codziennymi problemami, które są niezwykle irytujące, i które są, prosto mówiąc - Polskie.


Towarzyszyły nam również dwie inne dyrektorki. Jedna z pań była niezwykle ciekawą osobistością. Technicznie zatrzymana w średniowieczu, chciała nagrywać celując monitorkiem a nie obiektywem, jednakże niezwykle uprzejma i miła. Przyjechała czerpać z tego wyjazdu ile tylko mogła i czysto niemieckim angielskim dogadywała się bardzo dobrze. Wyjął bym tylko ten obiektyw, który co chwilę wpychała studentom do prac.


Trzecia Pani natomiast straciła wszelkie dobre noty, swoim nie kończącym się i chwalącym na wszystkie strony przemówieniem o cudowności zatrudnienia w swojej szkole, kiedy wcześniej, bez obecności studentów jej podejście do tego co widzi raczej mówiło samo za siebie. Rywalizacja z innymi aż wylewała się z niej, kiedy to po pokazie jednej animacji studenta, W. bez słowa po prostu puścił z YouTube dzieło swojego ucznia, które zarazem było jego imponującym logiem, a Pani jak się rzuciła, żebym jak najszybciej przetłumaczył, że ona również może pokazać i dostarczyć płytkę.Nasza mała dyskusja, w której broniła podejścia czysto teoretycznego a mało praktycznego do tematyki moich studiów też mi nie podpasowała. Szczególnie, kiedy rozważy się to na przykładzie moich zajęć i tego jak one się odbywają.

Dwa dni spędzone bardzo miło i wspomnienia godne zapamiętania szczególnie, że nie codziennie dziekan uniwersytetu zabiera mnie na kolację, na której pijemy dobre tajskie piwo i zajadamy się potrawami prosto z dalekiego wschodu.


Kiedy już mowa o dalekim wschodzie.
Swego czasu uniwerek dostał maila od tajemniczej pani, która zapytywała o fotografa, który pomoże jej w tworzeniu nowego magazynu dla make up artystów. Zaaferowany taką możliwością bez chwili namysłu odpisałem na maila. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź, że moje prace podobały jej się najbardziej i chętnie by ze mną współpracowała. Ucieszony tą nowiną umówiłem się z nią na termin. Bliżej nadchodzącej daty, potwierdziłem spotkanie i dostałem wiadomość z trzema linkami i treścią: "sprawdź ich portfolia, może jakieś pomysły złapiesz". Wszedłem na strony i szczena mi opadła. Były to trzy piękne arabki, które miały tak podrasowane zdjęcia, że aż płakać się chciało. Szczęście zalało moje serce w momencie kiedy głowa eksplodowała od pomysłów. Zatarłem ręce i z radością czekałem na nadchodzący dzień.


"Tego" dnia wstałem o 7.00 aby pojawić się w studiu na 8.30 bo miałem na szybko zrobić koleżankom interesujące zdjęcie, które miało być prezentem dla kolegi w formie plakatu. Treść bardzo treściwa. Nadeszła godzina 0 i pojawiła się koleżanka make up artystka. Dziewczyna obładowana sprzętem od góry do dołu, że aż miło. Myślę sobie, to będzie dobra sesja. Nadeszły trzy modelki...??? Zaraz zaraz, to nie są te piękne panie co na zdjęciach je widziałem. To są jakieś losowe laski ze wschodu. Już opadła mi cała radość. Pojawiła się też druga make up artystka, która wyglądała jak nie lada Cyganka. No ale nic. Zobaczymy co z tego będzie. Przygotowywanie dziewczyn trwało wiekami tak więc poszedłem się powydurniać ze swoją grupą, która akurat kręciła się po studiu. Wróciłem za jakiś czas i moim oczom ukazała się choinka odpieprzona jak na święta po 100 latach w więzieniu z podrasowaną twarzą. Wszelka moja kreatywność została zniszczona kiedy wyszło na to, że ja mam koncentrować się na twarzy głównie no bo tu make up jest ważny a styl jaki prezentowała ta dziewczyna, mimo, że interesujący do oglądania, kompletnie nie pasował do rodzaju zdjęć jakie ja robię. Między kolejnymi "modelkami" szedłem na kolanko do znajomych, którzy uspokajali mnie lub do studia obok trzaskać głupie zdjęcia na sprzęcie za dziesiątki tysięcy złotych. Przynajmniej z tego coś fajnego powychodziło bo z mojej sesji tylko zgrzytanie zębami i jedna fota, którą przerobiłem dla siebie. Reszty nie tknąłem, dałem na płycie tej dziewczynie i powiedziałem wprost, że przykro mi ale nie chcę tak pracować. Dziewczyny Arabskie w pełnym komplecie narodowych ciuszków nadają się tylko na rynek Arabski. Niestety ale w Europie czy Stanach nie będą reklamować perfumów czy biżuterii a jedynie jak zostało to bardzo mądrze zauważone - herbatki Liptona. W fali przeprosin odszedłem z zapewnieniem, że następna sesja będzie dużo lepsza, i że to zbieg okoliczności, że pojawiły się dziewczyny, które nie miały nigdy zdjęć. Zbieg okoliczności my ass!


Tak się składało, że tego samego wieczoru szliśmy na imprezkę urodzinową dwóch ludzi. Tak się również składa, że jednym z prezentów wręczanych był plakat zrobiony z mojego zdjęcia, które rano zostało szybko strzelone. Widziałem wiele fajnych reakcji na podarki. Ludzie się drą z radości, skaczą, śmieją jak opętani. Ale po tym jak on dostał ładną flachę, za którą uściskał się z wszystkimi, ukazało się jego oczom zdjęcie, którego się nie spodziewał to i ja dostałem najlepszy prezent urodzinowy. Takiej reakcji na jego twarzy, nie widziałem jeszcze u nikogo. Jakby dostał kluczyki do samochodu albo do swojego wahadłowca kosmicznego. Zero słowa tylko jedna mina, która wystarczyła za wszystkie te podskoki i wrzaski radości.

Pół godziny później ja i dwie inne osoby dostały radosne sto lat. A 7 godzin później i mój prezent się pojawił. Wspaniale wyglądająca, 15 letnia dobra elegancka prawdziwa Szkocka Whisky. Mimo skręcającej twarzy od pełności smaku, ani do głowy nie przyszło zalać tego colą. Dostałem też kilka inny prezentów jak np. buraki, brukselkę i parę ziemniaków - jedna z fajniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek mi wręczono.


Uzupełnieniem urodzin było powieszenie mojego zdjęcia w galerii, które samym sobą tworzyło formę instalacji. 3 metry szerokości, półtora wysokości, wydrukowane na płótnie za równowartość 376 złotych. Galeria stawiała.


Nie lada wyzwaniem było powieszenie tego monstrum szczególnie, że nie na ścianie to robiliśmy. Na Picassie można zobaczyć efekt naszych zmagań a ja na zawsze będę wdzięczny osobom, dzięki którym to zawisło a bez, których leżał bym przykryty wielkim zdjęciem zalewając się łzami i zgrzytając zębami.

Kilka dni temu uczestniczyłem w formie firmowej wigilii. Wszyscy chętnie zostali zaproszeni do pubo restauracji na przedmieściach. Wcześniej wybraliśmy sobie potrawy i dostaliśmy instrukcję aby pojawić się o 8 30 na miejscu. Koło godziny 8 wyszedłem z koleżanką i jak to ja, na piechotę zasuwałem do miejsca oddalonego jakieś 2o minut ode mnie. Doszedłem do celu i stwierdziłem, że niestety nie jest to to czego szukałem. Szybki telefon do koleżanki i już wiem, że Tettenhall to najdłuższa ulica na świecie. Po tym jak dostałem pocieszające informacje w stylu: "dojdziesz do miasteczka z mnóstwem lampek na drzewach" ruszyłem na przystanek autobusowy, że się dowiedzieć, że następny jedzie za 15 minut. Nie będę stał tyle czasu tylko ruszam żwawo. Zacząłem wspinać się pod górę tego jak to ktoś inteligentnie powiedział "nizinnego" kraju i po niezliczonych krokach doszedłem do rozświetlonego centrum okolicznego miasteczka. Pięknie tam, że aż mi się dalej iść nie chciało. A może to dlatego, że zasuwałem już całkiem sporo w butach od garnituru. No nic, ruszam dalej bo przede mną taka sama droga. Wycieczka ta bardzo poprawiła mój humor bo po raz kolejny potwierdziło się, że wystarczy wyjść kawałek za Wolver i już jest pięknie i uroczo. Dowiedziałem się też, że w dzielnicy, w której się znajdowałem piłkarze Wilków mieszkają i widać to było po zapierających dech w piersiach domach. Widoku z drugiej strony również duszące i aż prawie nie czułem, że idę już z 50 minut. Po drodze mijałem też dom spokojnej starości, który wyglądał tak, że zachciało mi się emerytury. Kiedy w końcu po godzinie pięknej podróży doszedłem do miejsca, cała firma powitała mnie w uśmiechach i wielkich oczach kiedy usłyszeli, że nie, nie zgubiłem się tylko zapieprzałem na piechotę. Miejsce, w którym się spotkaliśmy było jednym z tych genialnych klasycznych angielskich pubów, które serwują cudownie pyszne i kremowe piwo a zarazem luksusowych restauracji, gdzie widać, że nad każdym daniem, jakiś "Chef" rzeczywiście spędził czas. Zawitałem tam z 20 funtami w kieszeni zakładając, że wydam wszystko ale kiedy mój manager kupił mi Guinessa a później dowiedziałem się, że wieczór jest na koszt firmy, mój portfel ucieszył się bardzo. Sałatka z makreli jaką dostałem, zgwałciła moje podniebienie i kubki smakowe, a deser położył na to wszystko czeresienkę na czubku. Rozmawiał ze mną również szef szefów, który wypytywał jak mi się pracuje i ogólnie konwersowaliśmy miło a jego rodzina uśmiechała się radośnie. Wieczór przepełniony radością, żartami i kontaktem między szefostwem a pracownikami jak niczym wspaniałymi kumplami, który w sumie i tak czuje się na co dzień.


Urocza make up artystka poprosiła mnie o kolejną sesję. Tym razem modelki, wynajęte studio w Birmingham, wszystko full pro. Zgodziłem się ale tym razem za pieniądze i swoją stawkę. Zmierzam więc do studia w sobotę rano, znalazłem miejsce, przygotowałem sprzęt i czekam na te oto piękne modelki co mają wyjść z garderoby czy jak to nazwać. Pojawia się pierwsza i w głowie już znajome słowo na K rozległo się głośniej niż kiedykolwiek przedtem. Już rzucam wyzwiskami i układam w głowie gadkę jaką ja jej strzele na do widzenia. No kurna nie taka była umowa. Ja nie mam nic do narodowości Arabskiej. Tzn. trochę mam, ale to przez to samo za co mam uraz do Polskich robotników w Anglii i za co Clarkson naszemu narodowi zawsze objeżdża tyłek. Jednak w tamtym momencie nie miałem żadnego szacunku do ich kultury w mojej głowie. Zostałem znowu namówiony na coś co nie miało mieć miejsca. Pocieszała mnie tylko myśl, że każda minuta ich słono kosztuje. Kolejna dziewczyna po prostu zabiła moje resztki kreatywności. Ja wychodzę z założenia, że każdemu można zrobić piękne zdjęcia. Nie ważne czy ma się 3 metry wysokości czy szerokości. Ale bądźmy obiektywni. Osoba, która ma reprezentować sobą wyrafinowany make up, cudowne uczesanie, i niesamowite oczy, nie może mieć 7 podbródków i wytrzeszczu gałek.. Załamałem ręce i mówię do tej drugiej make up artystki prosto w twarz, że ma mi powiedzieć dokładnie jakie zdjęcia chce bo ja nie mam pomysłu. Zrobiłem co chciała, spojrzałem na lapa i zamknąłem pokrywę. I tak przez kolejne kilka następnych podejść. Kiedy pojawiła się naprawdę ładna dziewczyna, która przyszła w normalnych ciuszkach, i w której widziałem dużo potencjału, to przybrały ją jak samochód do ślubu i wszystko poszło się walić. Tak samo było z jedną profesjonalną modelką, która zawitała. Dziewczyna cudownie piękna i bardzo miła. Świetnie się z nią pracowało bo dokładnie wiedziała co ma robić i przy całej serii osób, które siliły się na sztuczne uśmiechy albo udawały powagę ona jedna ulżyła memu wkurzeniu. Problem tylko w tym, że  ta kobieta, reklamowała ubrania dobrych projektantów a one ubrały ją po swojemu. Jeśli chodzi o sam make up zrobiły naprawdę świetną robotę i chętnie bym z nimi współpracował jednakże w momencie gdy one upierały się aby prezentować uniwersalne bajery twarzowe, w akompaniamencie ubioru, który nie zostanie założony przez nikogo innego jak przez ludzi ich narodowości, to niestety ograniczały publikę do tej właśnie społeczności.  Modliłem się, żeby coś z tego jej ubioru dało się podpasować pod suknie wieczorową a obiektywnie patrząc to pewnie wybiorę tylko portrety.


Sesja skończyła się tak, że złość mi przeszła jak dostałem kasę do ręki a z make up artystką i tak nie porozmawiałem bo nie było okazji do gadki w cztery oczy. 9 Stycznia kolejna sesja i pewnie pojawię się na niej bo obiecałem, jednakże będzie to ostatnia współpraca z tą panią jeśli nic się nie zmieni.



Wracając do domu zakosztowałem odrobiny angielskiej techniki. Stojąc na stacji, na której przesiadałem się w inny pociąg gdyż jechałem z części miasta, z której bezpośrednio się nie dało, można powiedzieć, że dostałem małego wewnętrznego zawałku. Patrząc na zegarek oczekiwałem nadejścia godziny przyjazdu, kiedy to dwie minuty przed czasem pojawiła się informacja na wszystkich wyświetlaczach, że nadjeżdża pierwszy pociąg i prosimy o odsunięcie się od torów. Chwilę wcześniej zastanawiałem się jak to jest, że w kraju, w którym ostrzegawcze znaki informują, że ostrzegawcze znaki mają ostre krawędzie, nie ma tabliczek aby nie przechodzić przez tory w niedozwolonym miejscu. Odpowiedź nadjechała sama. Stacja, na której oczekiwałem jest lekko zaokrąglona a na jej początku stoi budynek kładki dla pieszych Z tego też powodu nie widać jak nadjeżdża pociąg. Z tego też powodu jedynym wyznacznikiem tego był jaskrawa żółty komunikat na wyświetlaczach, jakaś tabliczka z napisem "off" nad moją głową i promień światła widoczny po drugiej stronie torów. Stałem sobie na linii wyznaczającej granice bezpiecznej odległości, obok tabliczki, która ostrzegała o turbulencjach powietrza od nadjeżdżających pociągów. Kiedy snop światła stał się już bardzo wyraźny seria kolejnych wydarzeń nastąpiła w ułamkach sekund. Oczom mym ukazał się przód pociągu klasy dziewica (tak, "Virgin") a dwie sekundy później ten mknący pocisk śmignął obok mnie. Zatrząsłem się lekko w momencie kiedy włosy uciekły mi do tyłu głowy a za pociągiem posunęła smuga kurzu. Obróciłem się tylko lekko sparaliżowany i w świetle czerwonego sygnalizatora po raz drugi tego dnia powiedziałem: "O K...."


Co do Brytyjskich kolei to muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego jak przewoźnicy reklamują się w Angielskiej telewizji.
Jeszcze jedno spostrzeżenie co do budynków stacji tutaj. Kiedy w Polsce jadę gdzieś pociągiem, i nie wiem dokładnie gdzie mam wysiąść, to przegapienie tej jednej czy dwóch tablic, z nazwą miejscowości równe jest z nerwowym pytaniem pasażerów, albo wystawaniem przez okno z nadzieją, że jakimś cudem uda się zobaczyć coś co nakieruje nas na to czy już mamy przerąbane bo pociąg znowu rusza, czy powtarzamy proces na następnej stacji. To co zauważyłem tutaj, to mimo, że w pociągach w głośnikach i na wyświetlaczach informują na jakiej stacji teraz się zatrzymamy, to na samym peronie, na każdej lampie, wisiała tabliczka z nazwą miejscowości. Bardzo przydatna sprawa w momencie kiedy ma się słuchawki na uszach i stoi w korytarzu.



Kiedy już siedziałem na fotelu pociągu zmierzającego do domu i obserwowałem wzgórza i światełka za oknem rozmyślałem jak to nadchodzący okres świąteczny wierci malutką dziurkę w mojej psychice. Nurtuje mnie czy to, że moja twarda skorupa trzymająca mnie w Anglii została lekko zachwiana to właśnie efekt tego, że mimo, że w gronie całej masy przyjaciół to jednak pierwszy raz spędzę święta z dala od domu czy raczej dwóch poważnych argumentów które mnie stąd odpychają: to, że dwóch dentystów na jakich trafiłem było idiotami i to, że dobrą kiełbasę można kupić tylko w niektórych sklepach. Moje mądre przemyślenia zakłóciło przypomnienie sobie, że firma, w której pracuje, ma filie w Bristolu i to, że jakieś dziecko siedzące u swojej mamy na kolanach, odkryło właśnie ile radości jest w klaskaniu.


A czy TY, klaskałeś ostatnio?

piątek, 4 grudnia 2009

No hard shoulder for 1 1/2 miles.

Miałem okazję wybrać się na wycieczkę do Manchesteru (kilka zdjęć na Picassie). Jako, że w jednej z tamtejszych galerii miała być wystawa poświęcona Francesce Woodman Interesującej artystce tworzącej wiele dziedzin sztuki. Rozsądny zmysł przedsiębiorczy szybko obliczył, że taniej będzie tam śmigać samochodem niż pociągiem dlatego władowaliśmy się w 4 osobistości do pojazdu samobieżnego i ruszyliśmy pasmem długich autostrad do nie znanego mi miasta choć już na samym starcie opisanego jako gejowa stolica i ogólne dno. Z kolegą kierowcą kilka wycieczek już miałem i to nie krótkich dlatego wiedziałem, że jest dobrym kierowcą jednak teraz miałem okazję zauważyć kilka ciekawych detali. Przede wszystkim jest młodym kierowcą dlatego z tego co by się wydawało, nie umie jeździć. Pomijając fakt, że jego ojciec ściga się na Le Mans a on kołyskę spędził na motocrossie, downhill'u i innych zabawkach, którymi dawał mi się przejechać a ja z żalem musiałem odpuścić zabawę na maszynie, która jest nie dopuszczona do ruchu miejskiego ze względu na za wysoką moc silnika. No ale wracając do kierowania. Pierwsze co zauważyłem już dawno to to, że bardzo wielu kierowców używa tutaj ręcznego na wszelkich górkach, pagórkach, spadkach, wzniesieniach i innych parkingach. Postój na pochyłej to istny pokaz magicznych samochodów nie wpadających na siebie i kierowców nie drących ryja na przestraszonych sprawców stłuczek, mimo tego, że światła hamowania się nie świecą.

Inną bardzo miłą i uprzejmą cechą to to, że kiedy na autostradzie z niewiadomego powodu trzeba mocno zahamować to pierwszym odruchem po naciśnięciu hamulca jest włączenie awaryjnych. Może u nas też by tak  było gdyby były autostrady i osiągało się prędkości pozwalające na sytuacje gdzie pojazd z przodu zbliża się szybciej niż percepcja zanotuje, że ło kurna.

Co do prędkości. Wiadomo, każdy jeździ za szybko i każdy łamie ograniczenia prędkości. Radary? Radary działają jak progi zwalniające. Jak tylko się go minie, to decha i do przodu. Ale nie w Anglii. I to wcale nie dlatego, że tutaj kierowcy grzecznie jadą przepuszczając każdego robaczka przez jezdnie. To dlatego, że tutaj ktoś wpadł na diaboliczny pomysł i stworzył system radarów prosto z otchłani piekieł. Sam szatan chyba kontroluje ten system bo oto jak one działają. Zamiast wielkiego pudła na słupie wiszą sobie np. 3 kamerki. Za jakiś czas wiszą kolejne 3 kamerki a jeszcze dalej następne i tak do usranej śmierci. I teraz nie uwierzycie ale one mierzą średnią prędkość każdego pojazdu! Potrafią po rejestracji zapisać samochód do swojej bazy danych i być na tyle sprawnymi, żeby zrobić dokładnie to samo z tysiącem innych pojazdów przelatujących w tym miejscu na sekundę. Żadna woda święcona na nic się tutaj zda czy inne magiczne spreje reklamowane przez gulczasa do mazania tablicy rejestracyjnej. Prawda jest jednak taka, że kiedy wszyscy jadą równiutko 60 mil na godzinę to wbrew pozorom ten ruch jest bardzo sprawny i szybki.


Kolejną super rzeczą, jest to jak zaplanowano wjazdy na autostrady czy ronda, które w większości wypadków tutaj nie mają pasów. Można na takim zginąć jak się nie wie co się wyrabia ale z drugiej strony na większych skrzyżowaniach tego typu pojawia się czasem taki bajer, że do skręcania w lewo (pamiętajcie o odwrotnych kierunku jazdy) jest osobny pas omijający samo kółko tak więc praktycznie nie staje się w ogóle i bardzo to rozładowuje ruch. Co do pierwszych wspomnianych to są tak sprytnie zaplanowane, że zanim wjedzie się na autostradę to spory kawałek jedzie się na osobnym pasie obok niej, aby dostosować się do prędkości i znaleźć swoje miejsce, a dopiero potem drogi scalają się i można ładnie, bez zatrzymania dołączyć się do ruchu. W Poznaniu też jest coś takiego, tylko, że to zjazd z szybkiego ruchu.. Może kierunki im się popieprzyły.


Dobra, koniec tych autostrad bo choć czasem mają po 5 pasów ruchu to to w końcu i tak kawał betonu czy asfaltu albo gumy do żucia u nas. Co do samego Manchesteru to nie powalił mnie na łopatki. Między drapaczami chmur Mariotta czy jakiegoś innego ogródka działkowego można znaleźć puste magazyny. W centrum inny hotel tak ekskluzywny, że korytarz do recepcji to dosłownie dłuuuugi korytarz z jedną kanapą w środku drogi, i wielką ladą na końcu tak, że portier może długo wpatrywać się w gościa, który będzie błądził wzrokiem po pustych ścianach bo przecież nie wygra bitwy na oczy a obok niego stara kamienica. Istny pokaz różnorodności i kontrastów. Bristol cały czas na pierwszym miejscu. Ale miałem okazję być w paru fajnych miejscach między innymi w uniwersyteckiej galerii, gdzie była wystawiona cała masa prac studentów architektury, na których mieli wizualizację, swoich projektów przebudowy London Bridge i zamienienia go w kompleks handlowo-mieszkalno-rekreacyjny. Jadłem też w pizzy hut gdzie za mniej niż godzinę pracy można ładować na talerz tyle ile się chce.


Jak co tydzień w dzisiejszym wydaniu "Twarzo Książki" kolejny skandal obyczajowy. Ale najpierw wprowadzenie. Od jakiegoś czasu nie aktualizuje swojej strony bo choć nowych sesji jest dużo to nie znajduje czasu na przerabianie zdjęć (hmm mógłbym to robić teraz zamiast pisać. Hmm albo mógłbym iść spać biorąc pod uwagę, że jutro teoretycznie kolejna do zrobienia z rana) no ale podążając trendem zamieszczania swoich drobnych portfolio na Facebooku postanowiłem tak samo zrobić. Umieściłem tam również jedno ze zdjęć, którego nie mam na stronie, a które można zobaczyć o tutaj. Jezu jaką to wywołało dyskusję. Pojawiła się jedna Pani, której nie pasowało co na tym zdjęciu się znajduje. Jak to ja postanowiłem odpisać w swoim stylu i zrodziło się z tego coś uważam za warte wklejenia tutaj.
Występują:
ZP (Zbulwersowana Pani)
SP (Szanowny Przyjaciel)
PB (Porucznik Borewicz)
WS (Wolność Słowa)
WZ (Wiewiórka z Zamiłowania)


ZB

szkoda,ze kazdy poczatkujacy fotograf predzej czy pozniej przekierunkowuje siena erotyke, ograniczajac kobiete do wyuzdanej nagosci- te wszystkiezdjecia z golymi pannami jak dla mnie sa do bani. Reszta zdjec ztwojego nowego albumu jest ciekawa, bo przedstawiaja ciekawy i oryginalny pomysl.
JA
Bardzo ciekawą opinię przedstawiasz. Przede wszystkim zafascynowało mnie jak zostało obalone to co przez półtora roku poznałem na wykładach. Myślałem, że istnieje wiele gatunków fotografii a wychodzi z tego co mówisz, że tylko jeden - erotyka. W końcu każdy się na nią przekieruje.
Inna sprawa jest taka, że nie zmuszam moich modelek do niczego. Znaczy to, że słowo wyuzdane bardzo tutaj nie pasuje. Teraz pojawia się pytanie co znaczy wyuzdane bo chyba a nawet na pewno nie ma ono takiego wydźwięku jak sobie wymyśliłaś. Gdyby było tak jak mówisz, te dziewczyny nie tworzyły by erotyki a pornografię. OOO to to też się rozdziela? A jednak. Żeby było jeszcze ciekawiej to erotyki nie stworzy początkujący fotograf. To może jednak potrzeba trochę umiejętności aby zrobić takie zdjęcia? Może dlatego erotyka jest zaliczana do sztuki bo może nieść (ale nie zawsze musi) w sobie przesłanie? Może dlatego ona jest w takiej pozie a nie w innej bo ma to coś przedstawić? Swoją drogą żadna szanująca się modelka nie zgodzi się na sesję erotyczną jeśli nie będzie miała zaufania do fotografa, że ten sprosta zadaniu a początkujący mają to do siebie, że często coś spieprzą gdzie w tak delikatnym temacie nie ma na to miejsca.
Tak przy okazji: "[...]ograniczając kobietę do wyuzdanej nagości." - Niestety ale jak rozebrać to zdanie (o cholera znowu ta erotyka) to ono nie ma sensu. O kurczę o czym on mówi?
Całkowicie rozumiem, że mogą Ci się nie podobać te zdjęcia i nie mam za to pretensji. Każdy widzi taki obrazek inaczej i jedni dostrzegają w nim coś pięknego inni coś obrzydliwego. Cieszę się, że podobają Ci się inne zdjęcia. Z erotyki i tak nie zrezygnuje bo uważam, że jeśli ktoś potrafi zrobić dobre zdjęcia z tego gatunku i uchwycić w nich pasję, udowadnia zakres swoich umiejętności, których amatorzy nie posiadają.
Żeby już wyeliminować wszystkie Twoje obawy o zdrowie mentalne narażonych na moje obrzydlistwa widzów - strona ta jest zablokowana dla użytkowników poniżej 17 roku życia (tak, można coś takiego zrobić) nie złamałem żadnych zasad regulaminu bo one wyraźnie świadczą, że nie można umieszczać pornografii, piję szklankę mleka dziennie dla zdrowia i pozdrawiam gorąco.
Tak sobie pomyślałem, żeby już nie być taki strasznie bee, to przeproszę za mój pozornie agresywny ton i dodam, że taki mam styl.
Muszę wspomnieć również, że rozumiem Twoje negatywne podejście do tego tematu bo sporo jest osób, które patrzą na taki rodzaj fotografii jako na przedstawianie kobiet w sposób tylko i wyłącznie seksualny. Mógłbym przecież fotografować tylko osoby otyłe, najlepiej nago (ileż to już takich zdjęć widziałem [powszechnie poważanych w środowisku fotograficznym]) i wywoływać w ten sposób odwrotne emocje ale ja zostanę przy pokazywaniu kobiety jako stworzenia cudownie pięknego. Facebook jednak nie jest serwisem wartym pokazywania zdjęć nad którymi trzeba się zastanowić dlatego umieściłem tylko to, co wizualnie i technicznie ładne.
Dziękuję za tą opinię. Poruszyła mój zmysł twórczy i aż zachciało mi się pisać kolejne rozdziały.
SP
ja tam lubie gole baby.
ZP
no to juz sama nie wiem, co o tym myslec: Lukasz tworzy nowe oklepane fotki do playboya czy stara sie przedstawic swoje oryginalne pomysly, a przy tym nie sprowadzajac piekno kobiety do plytkiej nagosci, ktora mnie drazni i ktora w moich oczach jest obrazliwa? Jak do playboya to ja nie chce brac w tym udzialu- zostawmy wowczas opinie takim plytkim panom, jak ten powyzej.
SP
ten plytki pan powyzej uzyl ironii. nie wiem czy jeszcze plytsza pani jest obeznana z tym terminem ale jesli nie to powiem, ze to co napisalem bylo lekko przesmiewcze w kierunku calej konwersacji.

i z tego co wiem Lukasz przede wszystkim stara sie nauczyc jak najwiecej chwilowo i zbiera portfolio wiec potrzebne mu sa wszystkie rodzaje zdjec. mi sie wydaje, ze dobra jego jesli ma szanse porobic takie zdjecia. wez pod uwage to, ze te zdjecia nie sa tylko dla niego ale tez dla osoby ktora dla nich pozowala, wiec jesli modelka chciala miec taka sesje to chyba nie miala na mysli reprezentowania swoim cialem "plytkiej nagosci".

mysle, ze nie masz zielonego pojecia o czym piszesz wiec jesli chcesz przestac sie skompromitowac to przestan wypisywac takie brednie.
 

a btw. widzialas kiedys jakie fotografie pojawiaja sie w playboyu?
JA
Droga [Zbulwersowana Pani] biorąc pod uwagę, że na swoim profilu wypisujesz komentarze, w których bardzo dosadnie zaznaczasz, że faceta trzeba wytresować co jest okropnie monotonnym procesem, długotrwałym i pochłaniającym zasoby wszystkich krajów Unii Europejskiej, to nie dziwię się, że masz pretensje do mnie, jako do osoby, która odkryła to co przeważnie zakrywane.
Jeżeli w Twoich oczach nagość jest obraźliwa no to cóż, hmm, pech.
Wiesz, są czasem takie sytuacje kiedy nagość jest pożądana i to uwaga (!) nie tylko przez faceta.
Napisałaś, że nie chcesz brać w tym udziału. Ależ nie masz się czym martwić. Nie będziesz.
A co płytkich panów powyżej. Niezwykle interesujące jest jak Twoja opinia musi zderzyć się z serią kompletnie odwrotnych komentarzy, między innymi moim, w stosunku do człowieka, którego zdjęcia chwalone są chyba przez każdego kto je zobaczy. Sztuką jest zrozumieć gdzie ktoś mówi poważnie a gdzie najzwyczajniej w świecie żartuje. Widać, że podeszłaś do tematu niezwykle poważnie i atakujesz mnie a teraz i [Szanownego Przyjaciela mojego] serią krzyżyków i zakonnic. Biorąc pod uwagę, że nie znasz mnie ani jego nie masz prawa zarzucić nam płytkości. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że w naszej bibliotece jest cała masa książek, w których pojawiają się zdjęcia znacznie mniej delikatne od moich. O zgrozo, tam czasem są nawet penisy! Jak strasznie świat się myli widząc w tym coś innego niż płytką nagość jak to określiłaś. Jak już [Szanowny Przyjaciel] wspomniał, niestety, pojawia się tutaj po raz kolejny przykład na wyrażanie opinii w momencie nie znajomości tematu. Tak, przyznam się publicznie - widziałem Playboya (pójdę dać się ubiczować kilka razy za karę później) i uwierz mi, zdjęcia, które tam się widzi, w wielu przypadkach nie są nawet w jednym procencie tak delikatne jak moje. Na dodatek, o nie, nie wiem czy mogę to powiedzieć, ale wtedy kobieta rzeczywiście jest naga! I to wszystko widać!! Nawet poniżej pasa!!!
Może nie przeszło Ci to przez myśl, ale na moim zdjęciu tak nie jest.
Używasz oczu, ale nie patrzysz. Widzisz co chcesz widzieć i nie potrafisz zastosować konstruktywnej krytyki, którą wiele razy dostawałem między innymi od wykładowców fotografii czy profesjonalnych fotografów i, która wiele mnie nauczyła.

PB

Brawo panowie, za poszerzanie horyzontow, a przynjamniej usilne starania, i zwalczanie pogladowch/opini, ktorych korzenie siegaja wiele wiekow wstecz. Brawo!
WS

a ja kocham damskie wdzieki na zdjech Lukasza! I och niech bedzie mi dane ze mezczyzna - moj wybranek- bedzie widzial mnie okiem takiego obiektywu! Gdzie kobiecosc i subtelnosc nie musza krzyczec ze istnieja. Uwielbiam i chce jeszcze!
Takiej pornografii nam brakuje! Ale moze kolezanki nikt nie chcialby poprostu ogladac?!
Babo! Rozbierz sie i spojrz w lustro! Tam sie niezle cuda dzieja :)
pozytywnym byc ;P

WZ

ej lukasz, daj mi tytul tej ksiazki z penisami!
 Ja

Jezu w swoich najsłodszych i EROTYCZNYCH snach marzyłem aby ta konwersacja się tak rozwinęła.

[Wolność słowa], cieszę się, że patrzymy na ten temat takim samym okiem. Jeszcze bardziej raduje mnie fakt, że Tobie, jako przedstawicielce płci pięknej, podobają się te zdjęcia. Wiesz, dobrze, że nie poprzestanę i dane będzie zobaczyć więcej pięknego kobiecego ciała!

WZ

no bo ja chce zobaczyc penisaaaaaa z ksionżki!


No i tym pozytywnym stwierdzeniem zakończymy dzisiejszy wywód. Rano sesja i praca, projekty czekają do dorobienia, pieniądze do zarobienia, krowy do wydojenia a i spać można by czasem przy okazji.

A zara zara, coś mi się przypomniało.

Oto co znalazłem dzisiaj w internecie:

"Artykuł w jednej z francuskich gazet...
"Polska. Oto znajdujemy się w świecie absurdu. Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami kraju i w którym co 3 mieszkaniec ma 20lat. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy a obcy kapitał się pcha drzwiami i oknami. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Kraj, w którym rządzą byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!) Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, ekspedientem po niemiecku a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza. Polacy..! Jak wy to robicie..?""


Polacy! Dobranoc.

piątek, 20 listopada 2009

Twarzo książka.

Każdy zna już chyba moje podejście do Facebooka. Niesamowita popularność tego serwisu osiąga według statystyk szał w kraju naszej klasy gdzie jeszcze dwa lata temu nikt o tym serwisie nie słyszał. Nagle mam 70 zaproszeń do znajomych i chyba jestem strasznie nie koleżeński bo leje na to jak tylko się da. Czemu jednak poruszyłem temat serwisu na, który wchodzę regularnie bo trzeba karuzelę postawić wesołym miasteczku (taka gra)? Dwa powody. Jeden to doszedłem do wniosku, że ugnę się i założę jedno z tym super trendy i fajnych kont w stylu Lukasz Gajdek Photography bo najwidoczniej coraz więcej ludzi ma coś takiego i biorąc pod uwagę jakie tam czasami niesamowite gówna lądują mam szansę coś pokazać a poza tym okazuje się, że z 1/3 odwiedzin na mojej stronie jest generowana właśnie z tego serwisu niestety,. Drugi powód jest dużo ciekawszy. Usłyszałem ostatnio w radiu, że w kraju mokrej chmury wydany został pierwszy sądowy zakaz używania tego serwisu dla dziewczyny, która prześladowała inną osobę. Pomyślałem sobie, że jest to szansa na uratowanie ludzi z sideł prowadzenia sztucznego życia, umieszczania tysiąc pięćsetnego zdjęcia i dodawania do znajomych osoby, którą poznało się na imprezie 3 godziny temu ale i tak nigdy się z nią nie porozmawia. Z fotela mnie zmiotło jak zauważyłem, że istnieje coś takiego jak stopień używalności tej strony. Nie wiem jak to działa ale najwidoczniej jak ktoś ma to niskie, to sugestiach wyskakuje zalecenie wyruszenia ze zbawienną krucjatą i dodanie poganina do znajomych bo inaczej zostanie wciągnięty przez złe moce prawdziwego życia i przypadkiem nie zmarnuje jego połowy pisząc o czym właśnie myśli na statusie lub informowania świata, że ło jezu ten nowy layout jest do dupy i przywróćcie szybko stary albo coś bo inaczej moja egzystencja straci cały sens!


Na picassie można zobaczyć kilka nowych zdjęć. Wkrótce powrzucam ich więcej.


Zapomniałem hasła na do widzenia.

piątek, 6 listopada 2009

Zaczarowany ołówek

Zastanawiałem się kiedyś czy ktokolwiek próbował rozszyfrować tytuły moich postów. Prawda jest taka, że prawdopodobnie nie wyszło by to za bardzo bez dogłębnej analizy i przesłuchania świadków ale mimo wszystko byłem ciekaw czy jakieś podejrzenia się nasuwały. Dzisiejszą porcję literek w logicznym skupisku nazwałem od cudownej bajki z dzieciństwa nie bez powodu. Zdarzyło się w moim życiu, jak i w życiu wielu innych osób, że malutkie czyny, pozostawione w normalnej sytuacji bez zainteresowania, miały ogromne znaczenie. I tak jak u mnie, tak i u znajomego, któremu spalił się dom. Cała seria dziwnych malutkich wydarzeń nastąpiła po tym tragicznym wypadku, która sprawiła, że z poszkodowanego, gościu ten przeszedł przez wszystkie etapy socjalnego napiętnowania do poziomu zapomnienia. Zjednoczona większość Polska w ciągu kilku godzin zorganizowała sztab dowodzenia kryzysowego zapewniając wsparcie finansowe, mieszkaniowe i psychiczne, po czym jeszcze szybciej zamieniła to w 600 wersji teorii spiskowych. Wiadomości z 10 źródła niczym głuchy telefon zmieniały swój sens od pomidora do silnika spalinowego i tak w końcu już nikt nie wiedział jak to było naprawdę. Najlepsze przyszło jednak na końcu, kiedy to mój ulubiony portal z twarzą książki stał się źródłem walenia głową w ścianę na zmianę z histerycznym śmiechem wszystkich rozgarniętych. Pojawienie się zdjęć zgliszcz pokoju i osmolonej łazienki na pewno dostarczyło ogromnego pocieszenia psychicznego dla tego, kto widział na nich swoje nie istniejące łóżko, czy ścianę, gdzie kiedyś wisiały zdjęcia. Dobrze, że zawsze znajdzie się ktoś kto skomentuje: "Świetne zdjęcia! Ale o co chodzi?" Myśl, mów, nie odwrotnie.


Zastanawiam się już dłuższą chwilę co napisać. Ostatnie zwroty akcji wrzuciły mnie w wir pracy a wyciągnęły z emocjonalnych rozterek a to jednak one dostarczały mi najwięcej materiału do pisania. Ułożyłem sobie opinię o Anglii i moje podejście do tego kraju. Zerwano wiele więzi łączących mnie z Polską i pozostały tylko te najsilniejsze. Nie jadę nawet na święta i choć tęsknie za moją rodziną, to nie przeraża mnie ta myśl. Wizja pozostania na wyspach staje się coraz bardziej realna. Prawda jest też taka, że dzięki temu wyjazdowi uświadomiłem sobie jaki świat jest malutki i, że spakować walizki i pojechać do stanów a nawet żyć tam to tylko kwestia tego, czy by mi się spodobało a wcale nie wykluczam żadnej z tych opcji. W Polsce nie czeka na mnie nic. Start od zera, tworzenie kontaktów, szukanie pracy i bezustanny stres na początku. Entuzjazm szybko spada a badania psychologiczne dowodzą, że Polak na emigracji, który wraca do ojczyzny, długo przystosowuje się do panujących warunków i przeżywa potężne problemy z tego powodu. Sam pamiętam, jak w wakacje musiałem zostać upomniany, zanim zorientowałem się, że wytykałem wiele rzeczy tak strasznie odmiennych od tych, które są tutaj, lub jak prosto w twarz powiedziałem sprzedawcy w sklepie, że jest chamem. W końcu się przyzwyczaiłem do wszystkiego i znów czerpałem radość z każdego kwiatka, ale to były wakacje.
Te dość poważne stwierdzenia do mojej głowy przyszły w momencie, kiedy podpisałem kontrakt w nowej pracy. Stałe godziny, stałe miejsce, i jedyne co ulega zmianie od czasu do czasu, to liczba, określająca ile tam pracuje, która i tak nie spadnie poniżej zadowalającego minimum. Z każdą godziną tam spędzoną, rośnie wpis do CV bo to już nie restauracja. Z każdym dniem, zapełniam kalendarz nowymi sesjami. Kolejni wpływowi ludzi poznani. Kolejna wizytówka oddana. Nagle zna mnie ktoś z Londynu, nagle znajoma chwali artystom w Paryżu, nagle pomagam w galerii a moje zdjęcia pojawiają się w magazynach i książce z moim nazwiskiem. Ktoś kręci mnie na festiwal, ktoś chce zrobić wywiad o innym projekcie. Z każdym tygodniem pojawia się więcej zleceń od uniwerku. Z każdym miesiącem nowe okazje w galeriach gdzie wykorzystałem już dwie. A z każdym rokiem, oddalam się od Polski siedząc w kawiarni z przyjaciółką, która widzi świat tak samo.


Strugam włócznie do sesji z pięknymi kobietami przebranymi za Rzymskie wojowniczki. Dostałem wszystko od zbroji i skóry pod nie, po nagolenniki i buty. Tylko broni mi nie dali ale to już sam montuje.


Mama ma zawsze rację.

piątek, 10 lipca 2009

Smród, brud i ubóstwo.

W ciągu ostatnich dni pozbierałem sobie trochę negatywnych informacji o Anglii. Nie chciałem, żeby tylko słońce świeciło i wymyśliłem, że rzucę trochę cienia na kraj, który tak sobie chwalę. Ale nie. Wyszło na to, że moja ukochana Polska sama się wpieprzyła w gówno.
Każdy kiedyś przeżył to uczucie kiedy czeka się 10 miesięcy na gwiazdora, jak już minie radość z poprzednich prezentów i gdy po nie przespanych nocach i snach przesuniętych o tygodnie w przyszłość, pod choinką znajduje się sweter od babci kiedy to Lego było tym co kolorowało szarość nocnych marzeń. Zawód na całej linii, wewnętrzna rozpacz i odkładanie z powrotem zabawek na półki, które miały zrobić miejsce na nowe cudo.
Ja też wymarzyłem sobie pewną nagrodę za dzielne zachowanie. Ona też odliczała minuty do postawienia nogi na Angielskiej ziemi. Cudownie brzmiące "do jutra" rozpłynęło się w powietrzu kiedy to za sprawą rzetelności komunistycznej firmy wychodzącej z założenia "nasz klient - jego pech", pociąg wiozący powód mojego przedłużonego pobytu w Anglii, dotarł na miejsce z prawie 4 godzinnym opóźnieniem. Dzielne starania heroicznego taksówkarza zdały się na nic gdyż ślimak przyspieszył skutecznie wskazówki zegarka zagłady. Telefony na lotnisko, błagania obsługi i wyklinania na czym to PKP stoi nie zatrzymały samolotu. Poleciał on jak i poleciał cały łańcuch wybuchowej reakcji ciągnący za sobą możliwe przykre skutki.
4 godziny spóźnienia. Co było jego przyczyną? Zalane tory. Czy pociąg jadąc natrafił na nie zmuszając go do gwałtownego hamowania i czekania na ekipę ratunkową, która umożliwiła by jego przejazd? Nie. Od samego początku było wiadomo, że droga jest uszkodzona. Z tego powodu jechano inną trasą. Z tego powodu każdy pociąg posuwał się z prędkością niezdecydowanego pijaka w innym wymiarze. Z tego powodu nikt z tych kretynów zarządzających tą debilną spółką nie wpadł na pomysł, żeby na jednej z tych prehistorycznych komiksowych tablic dworcowych wyświetlić komunikat, że ich wspaniały środek komunikacji stoi w gównie. No ależ oczywiście. Jak oni mogli to wyświetlić jak te tablice tego nie potrafią. Nikt też nie poinformował przy kupnie biletu ani na stacji ani kurna nigdzie. Dlaczego cały czas, wszystko co państwowe w naszym kraju, musi równać się z tragedią i łzami w oczach? Dlaczego ta banda debili nie potrafi zadbać o minimalny chociaż poziom zadbania o klienta? Świadomie wsadza się go w pociąg wiedząc, że on i tak zaraz utknie skoro wcześniejsze pociągi już dawno leża w rowie wysadzone rękoma wściekłych pasażerów. Ktoś kto podróżował regularnie naszą koleją, wie, że nie jest to sytuacja wyjątkowa i przypadkowa. Dlaczego na hasło PKP i wspomnianą historię słyszę od większości ludzi reakcję upewniającą mnie w przekonaniu o pogrążeniu tej spółki w najgłębszych pokładach żalu. Dlaczego ludzie, którzy chcą zdążyć na cokolwiek, muszą brać 2 dni zapasu i dlaczego z góry zakłada się, że pociąg się spóźni?! To przeraźliwe upośledzenie wszelkich gałęzi kolejowego przemysłu w naszym kraju nie tylko ukradło mi i jej dużo pieniędzy, nie tylko zepsuło tydzień wycieczek po pięknych rejonach ale zabrało to na co czekało się tyle czasu i co śniąc się w nocy ładowało pozytywną energią na cały dzień.
Zastanawiam się, czy Anglia przypadkiem nie jest jakimś zmyślonym krajem a ja leżę gdzieś w śpiączce, tworząc swój ciekawy świat. Skąd te przemyślenia? Proste. Porównajcie pociąg klasy Inter City i jego Angielski odpowiednik. Wnętrze Polskiego pociągu każdy już zna. Poznajcie wnętrze Virgina drugiej klasy, pierwszej, i biznesowej. Z Poznania do Warszawy jest około 300 kilometrów a z Birmingham do Londynu prawie 200. Rok temu we wrześniu bilet na Inter City do Warszawy kosztował mnie ponad 130zł. Bilet do stolicy Anglii którego cenę sprawdziłem w tym momencie, na jutro rano kosztuje...14 funtów. Nie przeliczajcie tego na złotówki. Wyobraźcie sobie to jako mniej niż 3 godziny pracy za minimalną krajową. Jak się kupuje z wyprzedzeniem można znaleźc i za 7 Dodajcie do tego fakt, że Inter City jedzie 3 godziny a Virgin 1.20. W dodatku pociagi w Anglii sie nie spozniaja! Nawet jak spadnie milimetr sniegu to oni informuja, ze moze dojsc do opoznien ale nigdy tak sie nie dzieje. Kazdy Angielski znajomy na informajce: "pociag spoznil sie 4 godziny" lapie sie za glowe i mowi, ze to nie do pomyslenia. I tak się biorą moje podejrzenia o nierzeczywistości tego świata. Jak to się do cholery dzieje, że taki komfort jaki oni oferują, w super szybkim pociagu w którym nie trzeba na każdym kroku pilnować swojej torby, gdzie nie chodzą dziady sprzedające "browarki", gdzie można iść do toalety, która sama nam drzwi otwiera i w której nie wali poprzednim gościem, gdzie jest klimatyzacja i który nie wydaje żadnego dźwięku poza szumem powiewającego chłodnego powietrza, jest dostępny dla każdego szarego człowieczka? Kogo oni okradają, że mają pieniądze na stewardessy, które stoją na stacji i kierują ludzi na właściwy peron(!). I przedewszystkim, jak to się dzieje, że w Anglii nie ma rozdzielenia na pociągi pospieszne i osobowe a jedynie na klasy przez co nie trzeba rozmyślać czy zaoszczędzić pieniądze i jechać przez 16 godzin do drugiego miasta na drewnianej ławce w wagonie bez kibla lub z i tak nie funkcjonującym, czy zapłacić roczne oszczędności i usiąść na względnie wygodnym fotelu w pociagu, który i tak się spóźni lub w którym nie ma miejsca na nogi. Powiecie, że to ja jestem wysoki. To dlaczego ja nie mam tego problemu w Virginie??
Niekompetencje tej jakże cudownej firmy komunikacyjnej mógłbym wymieniać w nieskończoność. Podobnie jego pracowników, którzy zza szyby złapali boga za nogi i nie powiedzą mi na jaki peron ma przyjechać dwie godziny spóźniony pociąg bo ja jestem tylko wrednym klientem, który z uśmiechem na twarzy, grzecznie się pyta czy dojedzie do domu zakłócając im cenny czas spędzany na czytaniu gazety w której jasnowidz Bogumił naelektryzował kartki pozytywną energią, którą teraz tylko trzeba sobie wsadzić w tyłek i już cała Polska zdrowa. Może zamiast tego ktoś by poinformował, że zalało tory!